Wykształcenie? Wyższe.

Wędrując sobie po odmętach rekreacyjnej części Internetu (lub po prostu: Kwejka) natrafiłem ostatnio na pewne bardzo proste hasełko, które, jak informują cyferki pod obrazkiem, ładnych parę osób postanowiło wyeksportować na swojego Facebooka. Cóż to za hasełko? „W tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem”. Szczerze mówiąc, po przeczytaniu tego prostego „obwieszczenia” trafił mnie szlag. Dlaczego? Bo w polskiej mentalności utarło się już chyba na dobre, że studia = praca. W głupim pościgu za papierkiem zapominamy o tym, że coraz częściej od pracy ważniejsze są… faktyczne umiejętności. A tych „profesjonalistom po studiach” często zwyczajnie brakuje.
Przykład: jak zapewne zdajecie sobie sprawę (lub nie, w gruncie rzeczy, to bez znaczenia), jestem studentem Filologii Angielskiej. Dzięki ślizgawkom i wrodzonemu lenistwu nie spieszno mi do ukończenia tych studiów, choć znając mój potworny upór, pewnie kiedyś przyjdzie mi je wreszcie z mgrem opuścić. Przez bite pięć lat nawiedzam budynek na rogu Kościuszki i Zamenhoffa, ucząc się tam niesamowicie przydatnych spraw, takich jak wszyscy poeci i pisarze angielscy poszczególnych epok, zgłębiając niuanse angielskiej gramatyki i robiąc inne, angielskie rzeczy. Wraz ze mną na roku znajduje się, licząc lekko, około setki osób. Z tej setki pewien (nie mały) procent zajmuje się korepetycjami, nieco mniejszy procent nie robi nic, a najmniejszy, do którego się zaliczam, kombinuje, jak by tu zostać tłumaczem, bo trzepią oni podobno grubą kasę. Przyjmijmy hipotetycznie, że stan ten utrzymuje się do samego końca studiów, choć, oczywiście, ze względu na duże ilości wolnego czasu, część ludzi należących do tej setki zaczyna pracować po empikach, księgarniach, restauracjach i butikach z ciuchami. Wszyscy radośnie kończą studia, otrzymują Świętego Magistra… i mogą go sobie wsadzić w… ucho. Korepetytorzy chętnie porozmawiają o Szekspirze i całej promenadzie innych angielskich twórców (zakładając, że a) byli oni potrzebni do napisania pracy magisterskiej oraz b) nie wyparowali już z głów szanownych korepetytorów, bo papier jest, pamiętać nie trzeba), o gramatyce i jak to fajnie brzmią różne angielskie dialekty, ale absolutnie nie przydadzą się jako materiał do pracy. No bo do jakiej? W jakiej pracy potrzebna jest znajomość języka, wiedza o kulturze i zrozumienie dla złożoności gramatyki?
Oczywiście, można powiedzieć, że z pewnością będą z nich dobrzy nauczyciele. Można przyjąć, że cała setka faktycznie nada się do kontaktów z dzieciakami (lub studentami, bo statystycznie ktoś się będzie doktoryzować) i będzie doskonale wdrażać kolejnym pokoleniom swoją wiedzę. Tyle tylko, że jest ich stu. Tak, jak rok przed nimi i rok po nich. Co roku w Łodzi pojawia się stu nowych nauczycieli angielskiego – czyż to nie wspaniałe? Hola, przeta część jest przyjezdna, a sam powiedziałeś, że część się na tłumaczy szkoli – może ich odliczysz? Służę. Powiedzmy, że odpadnie 50, ba 60 z tej setki – wciąż mamy 40 nowych nauczycieli. Co roku potrzebujemy aż tylu?
Kierunków produkujących takich „bezużytecznych” magistrów jest jednak znacznie, znacznie więcej – inne filologie, filozofia, archeologia, etnologia – połowa nauk humanistycznych (i parę ścisłych) mieli tony ludzi tylko dlatego, że wierzą oni w głupi, postsocjalistyczny dogmat. A potem ci biedni ludzie, nie specjalnie wiedząc co ze sobą zrobić kręcą się po kwejku i wrzucają na swoje facebookowe profile takie głupoty, bo jest im źle i niedobrze.
Ale problem się na tym nie kończy, właściwie nawet nie zaczyna się na dobre. Bo o ile studia ewidentnie wielu osobom nie służą (żeby nie rozpisywać się zbytnio pominąłem kwestię ludzi, którzy skaczą z kierunku na kierunek, bo przez 5 lat nie mogą wybrać jednego, który im poważnie odpowiada), to nasza edukacja grzebie nas znacznie, znacznie wcześniej – przeciętnego Polaka nie uczy się pracować. Przez cały okres liceum (a pewnie też większą część gimnazjum) uczeń mógłby pracować – na świecie jest cała masa „odpowiedzialnych” prac (jak choćby roznoszenie ulotek), które człowiek w tym wieku mógłby wykonywać. Niestety, przy świetnym programie nauczania, który więzi przeciętnego licealistę od godziny 8 do 16 (średnio) w szkole a potem zasypuje go ilością zadań, która uniemożliwia zrobienie czegokolwiek więcej, bo człowiek dobrze na przerwach nie wypoczął, nie zjadł nic ciepłego i ogólnie jest zniechęcony do wszechświata, ciężko jest znaleźć czas nawet na takie dorywcze prace. Jeszcze ciężej znaleźć jest jednak chęci.
Bardzo irytuje mnie polska mentalność, wedle której stawianie oporu prawu i władzy jest esencją naszego istnienia (pisałem o tym wcześniej, chociażby przy okazji kwestii głupiego śmiecenia) a praca jest… sposobem na dotarcie do emerytury, która powinna być jak największa i jak najwcześniej, bo przecież człowiek się przepracowywać nie powinien. Dzięki właśnie takiemu sposobowi myślenia Polacy stoją w miejscu, narzekając tylko, że „jesteśmy sto lat za murzynami”. W polskim sposobie myślenia brakuje chęci do działania (innego niż rewolucje) i zachęty dla młodych ludzi, by wykształcili jakieś umiejętności poza tymi czysto teoretycznymi, które nabywają w szkole. Bo nie każdy nadaje się na fizyka, chemika czy informatyka, może za to być świetnym tekściarzem, recenzentem, twórcą albo… sprzedawcą. Wielu najbogatszych ludzi na świecie nie skończyło studiów w ogóle, miało za to pomysł, który udało im się sprzedać. I to wystarczyło.
Zamiast po prostu uczyć ludzi, powinniśmy uczyć ich myśleć swobodnie. A zamiast mówić „Dla ludzi z moim wykształceniem nie ma pracy”, powinniśmy umieć zapytać sami siebie „a co ja właściwie umiem?”

Nasze własne Wielkie Wojny

Od pewnego czasu boję się produkować kolejne wpisy na tym blogu. Nie złapał mnie writer’s block (choć przyznaję, ostatnio jakoś średnio idzie mi praca nad Więźniami i innymi projektami), nie zacząłem się nagle wstydzić wrzucania i bluźnienia, ale mimo to… boję się. Tego, że komentując i marudząc po swojemu niechcący opowiem się po jednej ze stron w toczących się wszędzie dokoła Wielkich Wojnach.

W ostatnich miesiącach, trochę z nudów, trochę z wrodzonej nienawiści do głupoty zacząłem wdawać się w dyskusje z radykałami, a żeby nie być kompletnym trollem robiłem to w Najlepszym z Portali. Zabawy miałem co niemiara – a to przyszło mi tłumaczyć jakiemuś tłukowi, że nie trzeba walczyć ze zmianami w konstytucji i że nikt nie zabroni zgromadzeń za atak Internetowy, innym razem spierałem się, że o ile sam jestem ateistą to przepędzenie religii ze szkół nie jest tak ważne jak pewne inne palące problemy, a kiedy indziej upierałem się, że geje nie są większymi oszustami niż reszta ludzkości (choć chodzą słuchy, że jestem homofobem…) i umożliwienie im wchodzenie w oficjalne związki partnerskie nie złamie naszej gospodarki…

I przegrywałem. Bardzo, bardzo srogo. I nie szło tu o fakt, że używałem złych argumentów, że moje poglądy były błędne – nic w tym stylu. Szło o to, że wdawałem się w dyskusję. A dyskusji, jak zdążyłem się niejednokrotnie przekonać podczas arcyciekawego procesu edukacji, nikt „normalny” nie chce prowadzić. Normalni ludzie chcą toczyć wojny, w których nikt im nie wmówi, że białe jest białe a czarne jest czarne. Bo tak jest prościej. Łatwiej odpowiedzieć „Pomożemy!” niż zastanowić się „Ale właściwie to w czym/dlaczego?”

Oczywiście, że w naturze ludzkiej leży minimalizm. Oczywiście, że jesteśmy leniwi i każdy ma zbiór rzeczy, o których myśleć nie chce. Niewiele da się w tej kwestii zrobić, niestety – tak już funkcjonujemy. Martwi mnie jednak co się stanie, gdy któraś z tych absurdalnych wielkich wojen wyjdzie poza kanwy zwykłego bezmyślnego krzykactwa. Szczerze mówiąc mam nadzieję, że nie będzie mnie wtedy w okolicy. Nie mam ochoty toczyć Wojny Głupców.

Zawsze możesz…

… wydłubać sobie oczy jak Ci się nie podoba, drogi widzu. Ślepi na 3D narzekać przecież nie będą.

Tak, wiem, jestem starym marudnym dziadem, w tym jednak wypadku wiem także, że zgodzi się ze mną wiele osób – filmy w Trzy De ssą. Dlaczego? Powodów jest wiele – nie każdy widzi tą sztuczną głębię, nie każdy dobrze się czuje ją oglądając, nie da się w tej technice nakręcić bardzo szybkich scen ruchu (przy pewnej prędkości widać już tylko rozmytą plamę i to w ujęciach, które kręcone normalnie by tak rozmyte nie wyszły) i trzeba mieć idealne miejsca na sali, żeby w pełni docenić jakość obrazu (przynajmniej w łódzkim IMAXie). Niestety, ze względów marketingowych i pewnego filmu który bardzo… tego… lub… nie, nie przecieknie mi to przez palce – z powodu pierdolonego Awatara rok 2011 stał się rokiem 3D i obejrzenie dwuwymiarowego filmu akcji byłoby poniżej ludzkiej godności. Tak niestety zdają się uważać polskie kina, które nie raczyły zakupić kopii 2D ani Piratów, ani Thora, ani Księdza (choć podobno w przypadku trzeciego obrazu nie ma to znaczenia, bo i tak nie warto na niego iść). W skrócie, oznacza to, że ludzie, którzy mają z 3D problemy inne niż „nie lubię tego” mogą się w ogóle do kin nie wybierać, bo kina mają ich w poważaniu…

Ale jest też drugie, nieco zabawniejsze dno całej sprawy. Wszystkie filmy animowane wypuszczane w tym roku, Rio, Rango itd. emitowane są w dwóch wersjach – 2D i dla rodziców lubiących krzywdzić swoje dzieci… erm znaczy 3D. Dlaczego? Ponieważ, o czym kina nie informują (kto by chciał srać do swojego gniazda), 3D jest dla małych dzieci niezdrowe i to dużo bardziej niż dla dorosłych (którym, swoją drogą też szkodzi) – ogłupianie naszych zmysłów za pomocą „super fajnych efektów wizualnych” może poważnie zaszkodzić rozwojowi wzroku dziecka lub spowodować jego uszkodzenie. Oferując rodzicom (znacznie mniej atrakcyjną z punktu widzenia ich pociech) wersję 2D super rozreklamowanej kreskówki kina zdejmują z siebie odpowiedzialność za wyrządzone przez ich filmy szkody, bo przecież rodzic mógł wybrać wersję „płaską”… a że nie wybrał? Jego problem. Oczywiście, nie mówimy o szkodach wyrządzonych przez JEDEN film obejrzany w 3D (choć w skrajnych wypadkach i jeden może być szkodliwy), co nie zmienia faktu, że przez ciągłe zasypywanie nas magicznym zestawieniem cyfry i litery kina powodują, że na jednym filmie się nie skończy… praktycznie nigdy.

Kiedy myślę o tym bajzlu sama nasuwa mi się analogia do papierosów – są szkodliwe, a jednak cała masa ludzi nie przejmuje się tym i radośnie je popala, wychodząc z założenia, że rak nie jest problemem, albo, że jest czymś co przydarza się innym. W tym wypadku sprawa jest nieco gorsza, bowiem metaforycznego papierosa trzymamy nie my, a kina, które z uśmiechem na ustach dmuchają nam prosto w twarz, a my im jeszcze dopłacamy (bo przecież za 3D płaci się ekstra). To raczej smutne.

Jeszcze smutniejsze jest to, że właściwie nic się z tym nie da zrobić. Baranów, które na film w 3D pójdą są nieprzebrane rzesze, a jakiekolwiek idealistyczne bunty (vide śmieszny bojkot niektórych stacji benzynowych promowany na FB) przeciwko status quo to raczej walka z wiatrakami. Jedynym wyborem, jakiego faktycznie możemy dokonać jest to, czy w ogóle pójdziemy do kina, a w takiej sytuacji czasem trudno powiedzieć „nie”, skoro wszyscy nasi znajomi jarają się tym nowym, fajnym filmem…

Odgrywanie, rzecz obca

Kiedy zaczynałem przygodę z RPG byłem przekonany, że rpgowcy to mądrzy ludzie o szerokich horyzontach i bogatej wyobraźni. Po dziesięciu latach tej zabawy dochodzę do wniosku, że rpgowcy to ludzie.

O tym, że jestem ambitny, wie każdy, kto mnie zna. O tym, że jestem ambitny przesadnie przekonani są ludzie, którzy wdadzą się ze mną w dyskusję na pewne bardzo bliskie mi tematy. Jednym z nich jest klimat i odgrywanie.
Jak zapewne wiecie, prowadzę od stycznia dramę cykliczną. Pod nazwą Shadows of Łódź kryje się moja wizja wampirzego świata, która doczekała się już pięciu odsłon. Podczas ich prowadzenia popełniłem sporo błędów, staram się jednak na nich uczyć i więcej nie popełniać. Przy okazji walczę jednak cały czas z jedną rzeczą, która od roku czy dwóch nie daje mi spokoju – gracze nie potrafią odgrywać postaci.

Mam prośbę: niech moi gracze nie czytają dalej. Bo jeszcze któryś z nich stwierdzi, że piszę konkretnie o nim i się obrazi, a zupełnie mi o to nie chodzi. Powiedziano mi, że może trzeba wylać żółć, więc staram się to zrobić pisząc jednocześnie coś całkiem spójnego i racjonalnego, mimo buzującej we mnie frustracji. Tak więc, powtarzając, że piszę o OGÓLE a nie o kimś konkretnie, jadę dalej:

Co ja bredzę? Ano już spieszę z wyjaśnieniem: wyobraźmy sobie Jana Kowalskiego. Pan Kowalski gra w RPG od paru latek i zaczyna właśnie grać w wampira. Tworzy sobie więc postać, genialnego detektywa, który został przemieniony za swoje unikalne zdolności dedukcji. Wampir Kowalski jest więc teraz detektywem z super mocami, ma znajomych w policji, dwóch czy trzech znajomych pismaków, jakieś wtyki w mafii… jest super. Czasem oczywiście musi żywić się krwią, ale kto by się tym przejmował, w centrum jest dużo ludzi, pożywianie się to pikuś, przecież zawsze jest w kogo wbić w zęby i na 100% nikt mnie nie zauważy. Wampir Kowalski nie przejmie się tym, że jakiś starszy od niego 100 lat wampir może go nie lubić, bo przecież to tylko inny gracz. Wampir Kowalski pnie się w miejskiej hierarchii, zyskuje przyjaciół, wpływy…
Wampir Kowalski jest z chuja. I żyje w świecie, który w całości składa się z takich jak on.
Dlaczego, zapytacie? Bo wampir Kowalski nie ma wad. Nie ma słabości. Jest płaski i nudny.
A przecież to byłoby takie proste: wystarczyłoby, żeby Kowalski przed przemianą był alkoholikiem – tego wampiryzm nie leczy. Mógłby być też rasistą, kleptomanem, erotomanem. Mógłby mieć jakąś obsesję, mógłby w coś mocno wierzyć lub absolutnie nie wierzyć… tylko po co? To wymagałoby wysiłku, a rpgowcy to ludzie. A jako tacy – minimaliści. W świecie wampira Kowalskiego wszystko jest proste, uwagi wymagają tylko te bardzo skomplikowane rzeczy, szczegóły są dla leszczy, a co dopiero jakiekolwiek trudności – w końcu on jest superbohaterem, czyż nie? Przecież Batman też pojawiał się tylko w nocy (co z tego, że w Gotham nie było praktycznie dnia).

Jednakże, mimo, że powyższy przykład jest obecnie najbliższy mojemu sercu, to rzecz nie ogranicza się tylko do niego – mówiłem, problem mam ze wszystkimi rpgami. Gracze tworząc postaci do D&D (no dobra, tu się czepiam…), Monastyru, Neuroshimy czy L5K tworzą postaci, które są zwyczajnie… nudne. Szare, płaskie, przeznaczone tylko do zwyciężania zła. Tylko, że większość systemów, przynajmniej zgodnie z tym, co o nich czytałem, oferuje coś więcej, niż nudne zwyciężanie zła. Oferują możliwość stworzenia ciekawej historii, a jak można stworzyć ciekawą historię, bez ciekawych postaci? Fakt, że gracz nią prowadzący potrafi się czasem wykazać głupotą (a wszyscy rpgowcy potrafią), jeszcze ją ciekawą nie czyni.

Czy naprawdę Kowalscy tego świata muszą tworzyć Kowalskich w światach wyimaginowanych?

Człowiek ze słońcem w oczach

Gdzieś poszło i wróciło na tarczy. Za karę ląduje na blogu.

Boże, czemu to tak daleko… dam radę… to wcale nie jest takie trudne…
Zbliża się, widzę ledwie jasny kontur przemieszczający się na puchowym tle.
Czemu to tyle trwa? Niech już tu przyjdzie…

Mówią o nim „Człowiek ze słońcem w oczach”. Nie nazywają go inaczej. Nie ma imienia, nikt nie wymyślił mu normalniejszego przezwiska. Dopiero patrząc mu prosto w oczy, człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego.

Kim jest? Chętnie opowiem. W końcu właśnie po to go szukałam. Miałam dowiedzieć się, kim właściwie jest.
Zanim to wszystko się zaczęło był nikim, jak niemal my wszyscy. Żył w wiosce, której nazwy nie sposób zapamiętać, w części kraju, do której nikt nie przywiązywał uwagi. Imiona i tytuły pozostawiał innym. Był człowiekiem.
Jestem chyba jedyną osobą, która wie, co właściwie robił. Polował. Nawet jego wioska, te kilka dusz, z którymi musiał dzielić przestrzeń nieopodal źródła górskiego strumienia, była dla niego za duża. Miejski tumult i gwar musiały być jego najgorszym koszmarem. Żył uczciwie, bo ciężko jest być przestępcą, gdy okazje do popełniania przestępstw po prostu się nie przydarzają. Sam się żywił, sam się ubierał, choć czasem to co złowił przypadało innym. Był cichy, spokojny.

Dam radę, wytrzymam. On… on już tu jest…

Kiedy zaczął się ten bałagan, nawet najgęstszy las nie był dobrą kryjówką. W końcu ktoś musiał się pojawić, ktoś musiał o niego spytać. Mieszkańcy okolicznych osad i pojedynczych, odsuniętych nawet od takich namiastek cywilizacji przyczółków słyszeli o nim i powtarzali, że nikt nie zna okolicy tak dobrze, jak on.
Właśnie to chcieli przecież usłyszeć ci, którzy go szukali.
Nie dali mu zbytniego wyboru, a on, niczym woda, nie stawiał oporu. Po prostu, niczym woda, dopasował się do nowej sytuacji.

Mróz i śnieg wgryzają się w twarz. Myślałam, że te długie godziny na zimnie mnie przyzwyczaiły, że już go nie odczuwam. Jak on.
To zabawne, że taki drobiazg wystarczył, by udowodnić mi, że jest inaczej.

Miał jakieś warunki. Zrobił sobie postanowienia, których zamierzał się trzymać. Wyrysował granice. Inni po prostu uśmiechali się krzywo, kiedy pod naciskiem i ich ciągłym nagabywaniem w końcu zaczynał mówić.
Głupiś – mówili – tak się nie da.
Nie wierzył.

Kiedy na niego patrzę, świat nabiera innych barw. Przestaje być biały, obojętny dla zmysłów. Zaczyna żyć. Zamieniamy się miejscami.

Znał granicę między człowiekiem a zwierzęciem. Wiedział, w jakie dobre i jakie złe sposoby odróżniamy się od sarny czy wilka. Nosił tą wiedzę w sercu i pilnował, by mocno tkwiła w głowie. Znał swój kształt i swoją formę.
Kiedy pierwsza przelatująca mu koło twarzy łuska obwieściła koniec innego człowieka. Głośno powtórzył sobie te różnice. Nie miał oczywiście czasu, by wymienić wszystkie, gdyż sekundę później koło twarzy śmignęła mu druga łuska, a za nią trzecia.
Tego dnia skradł więcej niż jedno życie.
Za każde odmówił swoją własną, unikalną modlitwę.

Śnieg, który mam w ustach nie chce topnieć. Część zmieniła się już co prawda w lód, reszta jednak odmawia współpracy i uparcie pragnie pozostać śniegiem. Kim jestem, by kazać mu się zmienić?

Szacunek to chyba jedyne, co mieli dla niego inni. Żadnego zrozumienia. Chciałoby się rzec „towarzysze” czy „kompani”, on jednak potrafił pozostać sam w każdej sytuacji. Z tego czerpał siłę.
W tych rzadkich momentach, w których pozwalali sobie na rozluźnienie, on pozostawał spięty. Nie chciał z nimi pić, nie chciał dzielić się posiłkiem.
Warty z nim były piekłem – zwykli mówić jego kompani.
Milczenie było dla niego stanem naturalnym.

Co właściwie chce mu powiedzieć? Co pokazać? Że rozumiem?
Czy teraz, kiedy jest tuż obok potrafiłabym mu powiedzieć, że gdyby nie okoliczności, pewnie bym się w nim zakochała?
Będę milczeć. Tak będzie najlepiej.

Można by się spodziewać, że będzie miał stalowoszare oczy. Że patrząc w nie, człowiek zobaczy pustkę.
Nie. Jego oczy były brązowe, usiane złotymi plamkami. Wesołe. Pewnie chciałby to zmienić, jednak za nic, nawet w najcięższych czasach, światło, które kryło się w jego spojrzeniu nie chciało zgasnąć.
Nie zauważył zmian, bo zachodziły zbyt powoli. Nie spieszyły się. Uderzyły z siłą lawiny.

Proszę, proszę. Daj się schwycić. Pozwól mi to zrobić. To nic złego.

Ludzie i zwierzęta zaczęli przestali się różnić. Kradł ich życia z podobną bezwzględnością, równie obojętnie. Robił to, co musiał. Najlepiej jak umiał.
Dla innych ta zmiana była pozytywna. Odzywał się, czasem nawet uśmiechał.
Nie zbliżył się do nich nawet na milimetr.
Pozwalano mu wychodzić z bronią samemu, nikt się nie martwił, kiedy długo nie wracał. W końcu robił to, co musiał. Najlepiej jak umiał.
Z czasem stracili rachubę, nikt nie potrafił powiedzieć, ile właściwie ukradł żyć.
Setkę? Trzy? Pięć? To nie miało znaczenia. Nie dla niego.

Wysłali mnie, bym powiedziała mu, że dość już, że łowy zakończone. Wydawałoby się, że to będzie najtrudniejsze, ale nie. Najtrudniej było go znaleźć. Wysłuchałam na jego temat dziesiątki historii. Byli nawet tacy, którzy twierdzili, że jest olbrzymem z gór. Albo duchem.
Pewien staruszek powiedział mi, że znał jego rodziców kiedy jeszcze żyli. Wiele, wiele lat temu. Zabiło ich zapalenie płuc albo jakaś inna choroba, na którą nie mieli lekarstwa.
Kiedy się żegnaliśmy, dziadek powiedział „przykro mi”. Myślałam, że po prostu chciałby móc powiedzieć mi coś więcej.

Śnieg łakomie pożera moje ciepło. Leżę w białej kurtce w puchu, który powoli robi się czerwony.
Widzę, jak człowiek ze słońcem w oczach zbliża się do mnie. Pistolet jest tylko kilka milimetrów dalej.
Wystarczyłby jeden strzał. Zwróciłby uwagę innych, wreszcie by go schwytali.

Stoi nade mną. Jest piękny.
Tak, mogłabym go pokochać. Szkoda, że nie mogę mu nawet tego powiedzieć.
Nie zostało mi już zbyt wiele ciepła.
W jego oczach faktycznie widać słońce.

Moi drodzy, chyba was nienawidzę…

Patrząc na komentarze młodych gniewnych dotyczące pewnej reformy studiów wyższych zaczynam dochodzić do wniosku, że ktoś tu czegoś nie rozumie… i albo to ja nie rozumiem moich rówieśników, albo oni rzeczywistości, w której żyjemy.

Próbowałem jakiś czas temu, w ramach zajęć na uczelni, pokazać moim kolegom i koleżankom pewien filmik dotyczący edukacji, dwudziestominutową wypowiedź Sir Kena Robinsona dotyczącą tego, co właściwie nie działa we współczesnym szkolnictwie. Polecam, materiał jest do znalezienia na YouTubie i facet mówi sporo ciekawych rzeczy… ale ja nie o tym. Zgodnie z poleceniem prowadzącej musiałem ów materiał dość znacząco pociąć, co zatarło nieco treść przekazu. Rzeczą, która mnie uderzyła podczas oglądania min wspomnianych kolegów i koleżanek podczas oglądania filmiku, był fakt, że ABSOLUTNIE i KOMPLETNIE ich to nie interesowało. Jesteśmy produktami systemu, który nie działa pod wieloma względami, jednak nie obchodzi nas to. Ze sporym trudem przecisnęliśmy się przez 12+ lat edukacji i mimo tego, że była ona w wielu miejscach zjebana, nieprzemyślana lub zwyczajnie bezproduktywna, nie mamy w związku z tym żadnych, absolutnie żadnych przemyśleń. Jasne, kiedy za piętnaście lat, kiedy nasze dzieci będą przechodzić przez ten sam młynek, przypomni nam się nagle, że szkoły są be, nie działają a nauczyciele ssą, teraz jednak nie dostrzegamy absolutnie tego, że problem w ogóle istnieje. Bo teraz jesteśmy młodzi, bo teraz musimy się schlać, bo teraz jest milion rzeczy ciekawszych, od zimnej i chujowej miejscami rzeczywistości.

I może bym to łyknął. Może z tym tylko faktem mógłbym się pogodzić, bo przecież wszyscy jesteśmy młodzi i głupi… ale nieeee, jesteśmy młodzi, głupi i zachłanni, w ten najgłupszy możliwy sposób. Nikt już zdaje się nie zastanawiać, po co właściwie są studia – ot, jak się skończy liceum, to trzeba iść studiować, bo… bo tak należy. Bo bóg tak kazał, albo przynajmniej rodzice. Rodzice, którzy w dużej części sami są pierwszymi z rodziny, którzy poszli na Uniwersytet albo Polibudę, albo bardzo chcieli i im się nie udało. Nie pójście na studia jest czymś wstydliwym, bo przecież jak tak można: nie studiować? Wstyd jest nie posiadać przynajmniej mgr przed nazwiskiem, bo jak wiadomo te trzy literki mają magiczną zdolność przemiany wody w wino a powietrza w chleb. Ot tak. Wielu z tych nie rozumiejących celu studiowania ludzi wybiera więc wysoce abstrakcyjne kierunki, które przyszłości może i żadnej nie dadzą, ale łatwo się na nie dostać albo akurat w tej chwili interesuje nas POJEDYNCZY aspekt danego kierunku. Dalej, rzecz ciągnie się już dość standardowo, zgodnie z jednym z trzech scenariuszy:
1) znajdujemy sobie niszę na studiach i sens w tym co robimy
2) nie znajdujemy i odpadamy ze studiów zanim zaczną się na dobre
3) stwierdzamy, że obrany przez nas kierunek ssie co prawda, ale nie ma sensu z niego odpadać i znajdujemy sobie drugi, który da nam przyszłość.
Oczywiście, zdarzają się odstępstwa od tych scenariuszy, ludzie, którzy dobierają sobie na przykład drugi kierunek tak, żeby faktycznie dopełnił pierwszy, albo tacy, którzy nie rozwiną się w pełni bez dodatku. Ale takich ludzi jest garstka, nie oszukujmy się. Tymczasem, szara większość tych, którzy ubzdurali sobie, że kieszeń podatnika (w tym przypadku także moja) jest z gumy i może zafundować nam piętnaście kierunków.
W całym tym buncie zapominamy niestety, że podatnik do bogatych nie należy, więc i pieniędzy nie ma za dużo. Dzięki wspaniałemu parciu, żeby studiować milion rzeczy jednocześnie (lub w ogóle studiować dla samego studiowania) doprowadzamy do sytuacji, w której zamiast szkolić profesjonalistów, uczelnie wyższe trzymają przez 3 do 6 lat (a niejednokrotnie nawet dłużej) ludzi z dala od rynku pracy, na który później wysyła się naszych świeżych Wyżej Wykształconych bez żadnego przygotowania (no, chyba że nauczycielskiego) bo i same uczelnie zatraciły się w tym po co właściwie uczą i nie chcą sprzedać tych umiejętności, które na rynku pracy się faktycznie przydadzą (z tego miejsca chciałbym podziękować UŁ za to, że Tradosa muszę się uczyć sam, bo jesteście zbytnimi sknerami, żeby podpisać z SDL umowę).
Ustawa, która ma zmienić szkolnictwo wyższe jest pierwszym krokiem w kierunku płatnych studiów. Krokiem potrzebnym, jeśli szkolnictwo wyższe ma się na coś faktycznie przydać, bo póki co jest niedofinansowane i w wielu miejscach po prostu mierne. Niestety, oszczędności dotknęły tych, którzy zawsze krzyczą najgłośniej, więc są złe. Czy aby na pewno?

And now, for something completely different…

Dziś dla odmiany po angielsku. Esej napisany na jedne zajęcia, ale wydaje mi się, że warto się nim podzielić. Prove me wrong.

Winston Churchill once said: „Democracy is the worst form of government, except for all those other forms that have been tried from time to time.” This statement may have been true right after World War II, it may have been true when the Cold War raged between Soviets and the U.S., but is it valid now?
Living in Poland, in a country that for almost fifty years was under the influence and control (even though not always direct or full) of the Soviet Union I find democracy more of a curiosity, than a working political system. We have been independent for over twenty years now. We have fought for our freedom and have earned it and yet, we do not comprehend it. We have striven for it for so long, that somewhere along the way we have lost the understanding of what it actually means.
For an average citizen of my country the word “freedom” is not necessarily connected with “free will” – the putative ability of agents to make choices free from certain kinds of constraints. It merely means “the right to oppose authority and to act selfishly”. This can be seen in the tiniest of things – in people jaywalking, littering, crowding to enter a bus or a tram, not allowing the passengers to leave it first. One may say that such things are not a problem, they are merely manifestations of human egoism. At some point, however, even those minor problems, minor acts of not respecting others form a critical mass that we cannot accept and allow for anymore. They become a serious problem, a problem, of social awareness.
I cannot even recall how many times I have heard that my city is filthy and ugly. That no one cares about the downtown buildings and that they resemble slums. It is an obvious fact, that I cannot really argue with, but there is one tiny detail that is omitted in this statement – people. The stereotypical view of a person living downtown is that of an alcoholic and a bum. I know for a fact, however, that this is not always the case. I have a number of friends living in the city centre that are neither. Some of them are students, some of them are working professionals. Sadly, however, for most of those people the surrounding filth is the responsibility of others – they will not paint or completely renovate the façade of their buildings, they will not make their alcoholic neighbors stop drinking or stop them from urinating in their own yard. It is hopeless.
But is it really? Does the fact that we cannot change another person mean we should not put more effort into making our surroundings better? Would noticing that the place we live in does not actually end at our doorstep and that spray-paint on walls can be quite easily covered with paint be so hard? Would calling the police when someone vandalizes our surroundings really cost us that much? Obviously not.
We do not put much value into things we get because most of our material possessions can be easily replaced. Of course, we still need to earn money to buy the things we want, but their constant availability diminishes their value.
We are lazy and we are afraid, we lack motivation. As Chuck Palahniuk once said: „Our Generation has had no Great war, no Great Depression. Our war is spiritual. Our depression is our lives.” We have no unifying philosophy, we have no common goal. We do not make concerted efforts to achieve something, as we have nothing to achieve. We do not feel that we have actual influence on any important decisions and that makes us reluctant to make even the smallest ones. Without serious needs, things that the whole of the society actually needs, democracy becomes more of a weight. Luckily, it allows for passing responsibility into the hands of others, and we exercise this ability whenever possible. We ask others to make decisions for us, and when they do not do as we expect, we complain. Ironically, those responsibilities, along with the ability to make our own decisions, are exactly what previous generations fought for.
One might say that since the battles for what we needed have already been resolved and won, we should stop worrying about them and make the best use of what we were given. If everything works as planned, who needs more fighting?
The short answer is: we all do. The long version is a little more complex.
It is true, that over the span of the last two centuries we have made great progress, that our society has greatly developed in most areas of science. It is true, that we have managed to reach the point where most national borders have been established permanently, only to be removed or at least blurred a half a decade later. It is true, that we have lots of freedoms and social differences such as social background, race or creed are less and less important. It is not true, however, that we have reached the point when everything works as intended. We are not at the peak of our society and if we ever were, we are already tumbling downhill.
What is the reason for such a status quo? Abundance. We have too much of basically everything, be it material possessions, or choice. Without the solid impression that we need to make an actual effort for good things to happen we opt not to do anything. Without ever being thirsty, hungry or in any way oppressed we prefer inaction over any kind of action. Because it is easier. Because it is effortless. Because others can make an effort instead.
Another, maybe even more important reason is the very basis of capitalism: money. It has been said that everything can be bought nowadays. That everything has a price tag attached. However true this pessimistic sentence may be, I strongly feel that it requires an addition: “Whenever something can be bought, we find something that we want that we cannot afford”. Yes, consumerism allows us to buy many things, but one of its basic assumptions is that there has to be something we need and is currently out of our range. We always need to need more, strive for more, and spend more money. Why would a person spend their hard earned money to cover up graffiti if they can spend a bit more money and buy a shiny new Iphone?
Opinions that capitalism and consumerism are evil are quite popular and quite often repeated by bright minds all around the world. But those two systems, so deeply rooted into democracy, cannot and will not ever be an enemy needed to force social change – too long have we been corrupted by them, spoiled by them to oppose them now. All in all, do we really suffer from being able to satisfy our hunger or thirst? Is satisfying our needs really such a bad thing?
Surprisingly for some, a solution to this corruption can be found in religion. Do not misunderstand this statement: I am no man of faith and I do not think I will ever convert to any kind of religion. It has, however, provided humanity with one basic concept, that has proven to be a useful tool in building up social awareness all throughout history: sin. Exaggerated as they sometimes are when perceived by conservative minds, Sins were invented as pointers on what we should do and what we should not. They were guidelines made (at least in my opinion) by man in order for other men to live their lives in peace (and sometimes to live at all). Now, in times when religion is no longer as respected as it used to be, the authority of an invented supernatural being that reinforces the meaning of commandments and sins has diminished. Many people who decide not to believe in God cease to believe in sins, and without the awareness of right and wrong that they used to build, their wills are weaker.
Is democracy a failure than? Does it work or not? For me it does not. It has no set ideology, and by allowing us the freedom to choose nearly any set of values it allows us to choose none. The freedoms we get are illusory at best, and the idea of equality is long dead. Why should it matter if we are born with the same possibilities at hand? How we start our lives depends on how much our parents earn and how good a school they can send us to. Our later value is described by our ability to create, perform or to earn a lot of money (or all of it). Democracy leaves us with nothing.
What to do then? Am I just another worthless member of our society, who knows how to complain but has no idea how to change things? I believe I am not. I know that it does not matter if what I decide to do (or, in some cases not to do) makes a difference – even if the world will not become a tidier place just because I will not litter or clean up after my dog, I know I need to act. The only way to improve the world we live in is to create our own value system, our own hierarchy of sins, and remember it not matter what happens. Because no one will make the world better for us.
And because we may never find our Great War, because are lives have the potential to be dull and uneventful, we must do our best, for them to be happy and safe.

Nie wiesz jak to jest…

… to jest uzależnienie, z tego nie można tak łatwo zrezygnować. Racja, nie wiem. Nie wiem także, jak wiele razy słyszałem takie słowa z ust nałogowych palaczy. Pytanie tylko: dlaczego powinienem wiedzieć? Dlaczego oczekuje się ode mnie zrozumienia czegoś, co jest bez wątpienia oznaką słabości? Mam szanować to, że człowiek z potrzeby odreagowania (bo przecież papierosy uspokajają, chała im za to) podtruwa sam siebie i nie potrafi przestać? Mam szanować to, że przy okazji rozsiewa nieprzyjemnie pachnący (i do tego szkodliwy) dym, bo ON jest słaby? Bardzo ciekawe.

Ustawa, która weszła w życie wczoraj wzbudza wiele kontrowersji i jak większość praw i zakazów posiada pewne wady. W ramach zakazu palenia w miejscach publicznych nie wolno też wyjść przed budynek (np wydziału) na papierosa, a obostrzenia wobec knajp wydają się dość uciążliwe… z drugiej jednak strony jest ona pewną próbą walki z palaczami, którzy nie do końca chyba świadomie, robią z siebie elitę. Przegrzebując komentarze internautów oraz rozmawiając ze znajomymi dowiedziałem się już kilkukrotnie na przykład, że jeśli osoba nie paląca ma potrzebę pójść do knajpy, to zawsze są przecież lokale, w których palić nie można. Proste? Proste, a jakże praktyczne, można przecież w ten sposób zepchnąć niepalących do rezerwatów chronionych, bo przecież wszyscy wiemy, jaki ogrom lokali dla niepalących można znaleźć w takiej na przykład Łodzi… po prostu masę. Skoro sytuacja jednak się odwróciła i to palacze muszą szukać miejsc, w których wolno im palić, to nagle się okazuje, że rozgraniczenie tego typu jest bardzo nie fair. Czy aby na pewno?

Walka z paleniem jest walką z modą, która jest mocno zakorzeniona w naszej kulturze – połowa kultowych bohaterów (szczególnie filmowych) kopci jak smoki, bo dodaje to punktów lansu. Ludzie palący są dla nas taką codziennością, że nie dostrzegamy ich szkodliwości z prostej przyczyny – bo widok nałogowego palacza jest zdecydowanie mniej wyrazisty niż widok alkoholika. Obaj śmierdzą, obaj mogą mieć odbarwienia skóry czy pewne problemy zdrowotne, jednak palacz zazwyczaj nie zwykł był się zataczać, rzygać czy szczać gdzie popadnie, bo przecież nad głową panuje. Poza tą skromną jej częścią, która decyduje, czy faktycznie palić chce, czy musi.

Wiem, że w mojej argumentacji jest wiele dziur, szczególnie ze względu na to, że sam nałogowcem (przynajmniej uzależnionym od tej toksyny) nigdy nie byłem. Chciałbym jednak zauważyć, że większość nałogowych palaczy zaczyna palić stosunkowo wcześnie, a co za tym idzie, często nie mają okazji się przekonać jak to jest NIE palić. Nawet rzucając palenie, nigdy nie zyskują perspektywy osoby, która nigdy nie paliła… bo smak tytoniu gdzieś tam, głęboko w ich głowach, zdołał się już zakorzenić.

Krytyk krytykowi krytykiem

Napisz coś na blogu, powiedzieli… jakby to takie łatwe było. No i, jak się okazuje, jest. Wystarczy pokręcić się trochę wśród ludzi, posłuchać ton werbalnego kału jaki produkują i już nagle jest o czym pisać.

Na dzisiejszych zajęciach zajmiemy się krytyką, czyli tematem, który już przynajmniej raz próbowałem wałkować, jak się okazuje, mało skutecznie. Powiedzmy otwarcie krytyka jest niewdzięczna, wręcz niewdzięczna w chuj stałoby się rzec i pod pewnymi względami podobna jest do tłumaczenia – ładna nie jest dobra, dobra nie jest ładna. W odróżnieniu od tłumaczenia jednak, sprawa z krytyką jest raczej prosta – należy szczerze pierdolić ładność. Tak, wiem, że jakoś strasznie bluźnią, szczególnie w tak krótkim fragmencie tekstu, ale niestety, czuję się z tą kwestią jakoś tak emocjonalnie związany.

Kiedy myślę o tym teraz widzę, że kolejny wpis na ten sam temat jest nieco bezsensowny, bo przecież o profesjonalizmie już było, o tym jak chciałbym, żeby krytyka wyglądała – także. Niestety, nie było o tym, jak krytykę należy odbierać, a najwyraźniej niektóre osoby posiadają wyraźne niedobory w tej kwestii. Piszę. Momentami jest to przyjemne, czasami po prostu męczące. Taki lajf, jak to mówią, inaczej się pewnie nie da. Pisząc, czasami słyszę, że brakuje wartości temu mojemu tworzeniu, bo bohaterowie są płascy, bo tekst jakościowo słaby, bo sposób narracji biedny – ot, taki standard, który prawdopodobnie każdy, kto kiedykolwiek zajmował się pisaniem „artystycznym” (no co, jakoś muszę uniknąć powtórzenia, szczególnie, że użycie słowa na „t” brzmiałoby jak kalka językowa) miał okazję przerobić. Oczywistym zdaje się, że jeżeli czuję zapał do pisania, jeśli jestem zdeterminowany, że jednak tworzyć umiem, że jest to moje przeznaczenie i ogólnie dam z tego radę kiedyś wyżyć, to taka krytyka nie powinna mnie powstrzymywać. Rzeczą mniej oczywistą, jak się okazuje, jest fakt, że ni chuja nie wolno mi się na takiego krytyka obrażać, tudzież wypinać się na to, co ma do powiedzenia. Jasne, mogę sobie wmawiać, że mam talent, o ile jednak człowiek in question nie jest fizyczną manifestacją onetowego trolla, to wydaje mi się, że cała sprawa wymaga głębszego przemyślenia. Zadanie sobie pytania „czy aby na pewno mam rację?” okazuje się w wypadku niektórych poważnym problemem, barierą, której nie idzie przekroczyć, no bo po co pytać o takie pierdoły, skoro przy moich narodzinach ustalono już, że rację mam? Często zdarza się niestety, że ten człowiek, który się do nas przyp…. no, ma z nami problem ma także rację (w różnych ilościach co prawda, ale ma), a my po prostu wolimy posłuchać tych, którzy nam słodzą.

I tu już moja, osobista, serdeczna prośba do wszystkich, którzy nas chwalą: PIERDOLCIE SIĘ. No dobra, nie do wszystkich. Problem mam z tymi, którzy chwalą i gówno wiedzą, albo chwalą, dla samej zasady, że chwalić trzeba. Nie będę dywagować na temat tego, czy faktycznie trzeba, czy nie, bo to zdaje się być kwestią indywidualnej ludzkiej głupoty, chętnie porozmawiam jednakże na temat tego jak to niedobrze jest, gdy człek chwali bez wiedzy. Częstokroć jest tak, że pochwały wynikają z tego, że nie chcemy spać na metaforycznym tapczanie, chcemy dostać od osoby chwalonej kolejny ciepły obiad, nie chcemy mieć przerw w dostawach seksu i tak dalej i tak dalej, uproszczając więc: chwalimy przez bliskość. Szczerze mówiąc, nie potrafię sobie wyobrazić nic bardziej chujowego niż taka pochwała, bo ona szkodzi najbardziej. Sam byłem w sytuacji, kiedy bliska mi osoba obraziła się, bo stwierdziłem, że jej tekst bardzo potrzebuje korekty, jakiegoś ogarnięcia plątaniny, którą wyprodukowała, bo w tej chwili jest strasznie słabo z czytelnością i zrozumiałością… i czym to jest powodowane? Ano właśnie tymi bliskimi, którzy nam ciągle słodzą, pierdolą, jak to dobrze zrobiliśmy to czy tamto. Te skurwysyny burzą nam dystans do siebie i tego co robimy! Zabić ich? Nie, raczej tylko ograniczyć, no bo przecież nie powiemy mamie, tacie czy siostrze, żeby się waliła, tylko dlatego, że powiedziała nam coś miłego… ale na bogów eternii, temperujmy ich chociaż. I temperujmy sami siebie. I postarajmy się czasem znaleźć w rzeczach na które patrzymy coś złego, by mogły stać się nieco lepsze.

Tylko nie to…

„Stary, proszę, nie zmieniaj swojego stylu na taki” – mniej więcej to usłyszałem, jak pokazałem tekst poniżej pewnej osobie. I dokładnie dlatego go tu wrzucam. Krótko, acz (i hope) treściwie:

W pewnym momencie wstaliśmy po prostu, posprzątaliśmy swoje rzeczy i wyszliśmy. Nie było zamieszania, obaw ani zbędnych hałasów. Po prostu sprzątanie. Dokładność stała się celem nadrzędnym, wszystko musiało pójść, jak to zwykli krzyczeć przyszli bankruci, nikt nie chciał, żeby pozostały ślady.
W sprzątaniu byliśmy doskonali. Żaden atom powietrza nie został nieporuszony, jeśli wiadomo o nim było, że utrzymuje bliższe stosunki z obiektami powszechnie uważanymi za wymagające sprzątnięcia. Nie powiem, że podobało się to wszystkim – niektóre protestowały, może nawet głośno, ale tu ważny był cel, a nie jakieś mierne, kiepsko zwerbalizowane obiekcje.
Z pokojów obok dochodziły odgłosy sugerujące, że inni też sprzątali, brakowało im jednak naszego polotu. Robili to niezdarnie, z ociąganiem. Nie rozumieli, jak ważny może być cel, po prostu pracowali, bo zrozumieli, że muszą, ale brakowało im naszej werwy, naszej determinacji. Amatorzy.
Nasze spojrzenia nie skrzyżowały się ani na minutę, poruszaliśmy się tak, jakby jakiś superkomputer opracował nam najbardziej optymalną trasę, algorytm, którego trzymaliśmy się zupełnie, jakby od tego zależało nasze życie. Może i zależało, bo z pokojów obok dochodziły czasem odgłosy, które ze złamanym życiem kojarzyły się dość jasno. Dobrze, że byliśmy tak precyzyjni.
Teraz, gdy o tym myślę, mam wrażenie, że gdyby ktoś nas nakręcił, ciężko by nas było odróżnić od animacji poklatkowej. Dokładność nie zawsze musi być piękna.
A potem, w końcu, wyszliśmy, podaliśmy sobie ręce i schowaliśmy drzwi do tego miejsca w najciemniejszym dostępnym kącie. Bo dokładnie tak były one dla nas ważne.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.