Patrząc na komentarze młodych gniewnych dotyczące pewnej reformy studiów wyższych zaczynam dochodzić do wniosku, że ktoś tu czegoś nie rozumie… i albo to ja nie rozumiem moich rówieśników, albo oni rzeczywistości, w której żyjemy.
Próbowałem jakiś czas temu, w ramach zajęć na uczelni, pokazać moim kolegom i koleżankom pewien filmik dotyczący edukacji, dwudziestominutową wypowiedź Sir Kena Robinsona dotyczącą tego, co właściwie nie działa we współczesnym szkolnictwie. Polecam, materiał jest do znalezienia na YouTubie i facet mówi sporo ciekawych rzeczy… ale ja nie o tym. Zgodnie z poleceniem prowadzącej musiałem ów materiał dość znacząco pociąć, co zatarło nieco treść przekazu. Rzeczą, która mnie uderzyła podczas oglądania min wspomnianych kolegów i koleżanek podczas oglądania filmiku, był fakt, że ABSOLUTNIE i KOMPLETNIE ich to nie interesowało. Jesteśmy produktami systemu, który nie działa pod wieloma względami, jednak nie obchodzi nas to. Ze sporym trudem przecisnęliśmy się przez 12+ lat edukacji i mimo tego, że była ona w wielu miejscach zjebana, nieprzemyślana lub zwyczajnie bezproduktywna, nie mamy w związku z tym żadnych, absolutnie żadnych przemyśleń. Jasne, kiedy za piętnaście lat, kiedy nasze dzieci będą przechodzić przez ten sam młynek, przypomni nam się nagle, że szkoły są be, nie działają a nauczyciele ssą, teraz jednak nie dostrzegamy absolutnie tego, że problem w ogóle istnieje. Bo teraz jesteśmy młodzi, bo teraz musimy się schlać, bo teraz jest milion rzeczy ciekawszych, od zimnej i chujowej miejscami rzeczywistości.
I może bym to łyknął. Może z tym tylko faktem mógłbym się pogodzić, bo przecież wszyscy jesteśmy młodzi i głupi… ale nieeee, jesteśmy młodzi, głupi i zachłanni, w ten najgłupszy możliwy sposób. Nikt już zdaje się nie zastanawiać, po co właściwie są studia – ot, jak się skończy liceum, to trzeba iść studiować, bo… bo tak należy. Bo bóg tak kazał, albo przynajmniej rodzice. Rodzice, którzy w dużej części sami są pierwszymi z rodziny, którzy poszli na Uniwersytet albo Polibudę, albo bardzo chcieli i im się nie udało. Nie pójście na studia jest czymś wstydliwym, bo przecież jak tak można: nie studiować? Wstyd jest nie posiadać przynajmniej mgr przed nazwiskiem, bo jak wiadomo te trzy literki mają magiczną zdolność przemiany wody w wino a powietrza w chleb. Ot tak. Wielu z tych nie rozumiejących celu studiowania ludzi wybiera więc wysoce abstrakcyjne kierunki, które przyszłości może i żadnej nie dadzą, ale łatwo się na nie dostać albo akurat w tej chwili interesuje nas POJEDYNCZY aspekt danego kierunku. Dalej, rzecz ciągnie się już dość standardowo, zgodnie z jednym z trzech scenariuszy:
1) znajdujemy sobie niszę na studiach i sens w tym co robimy
2) nie znajdujemy i odpadamy ze studiów zanim zaczną się na dobre
3) stwierdzamy, że obrany przez nas kierunek ssie co prawda, ale nie ma sensu z niego odpadać i znajdujemy sobie drugi, który da nam przyszłość.
Oczywiście, zdarzają się odstępstwa od tych scenariuszy, ludzie, którzy dobierają sobie na przykład drugi kierunek tak, żeby faktycznie dopełnił pierwszy, albo tacy, którzy nie rozwiną się w pełni bez dodatku. Ale takich ludzi jest garstka, nie oszukujmy się. Tymczasem, szara większość tych, którzy ubzdurali sobie, że kieszeń podatnika (w tym przypadku także moja) jest z gumy i może zafundować nam piętnaście kierunków.
W całym tym buncie zapominamy niestety, że podatnik do bogatych nie należy, więc i pieniędzy nie ma za dużo. Dzięki wspaniałemu parciu, żeby studiować milion rzeczy jednocześnie (lub w ogóle studiować dla samego studiowania) doprowadzamy do sytuacji, w której zamiast szkolić profesjonalistów, uczelnie wyższe trzymają przez 3 do 6 lat (a niejednokrotnie nawet dłużej) ludzi z dala od rynku pracy, na który później wysyła się naszych świeżych Wyżej Wykształconych bez żadnego przygotowania (no, chyba że nauczycielskiego) bo i same uczelnie zatraciły się w tym po co właściwie uczą i nie chcą sprzedać tych umiejętności, które na rynku pracy się faktycznie przydadzą (z tego miejsca chciałbym podziękować UŁ za to, że Tradosa muszę się uczyć sam, bo jesteście zbytnimi sknerami, żeby podpisać z SDL umowę).
Ustawa, która ma zmienić szkolnictwo wyższe jest pierwszym krokiem w kierunku płatnych studiów. Krokiem potrzebnym, jeśli szkolnictwo wyższe ma się na coś faktycznie przydać, bo póki co jest niedofinansowane i w wielu miejscach po prostu mierne. Niestety, oszczędności dotknęły tych, którzy zawsze krzyczą najgłośniej, więc są złe. Czy aby na pewno?
Wysłany przez ślivek w dniu 2 Kwiecień 2011 o 4:37 pm
powiem Ci, że zgadzam się z Tobą.
W absolutnej wiekszości zdań które wypisałeś masz rację a i ja mimo bycia młodszym od Ciebie dostrzegam podobne rzeczy a nawet zanim napisałem ten komentarz troche popytałem ludzi co sądzą. Trafiłem jednak na pewnych wolnomyślicieli co mają podobne podejćie do Twojego czy mojego i mimo, że boli mnie, że będę musiał płacić za drugi kierunek, a w przyszłości młodzi utalentowani ale biedni moga nie mieć możliwości dostania się na choćby jeden ( nie ukrywajmy te dofinansownaia dla biednych w znakomitej większości są godne reform), tak wiem, że te zmiany są potrzebne. Widząc niektóre komentarze przypominają mi się czasy rozbiorów (nie, nie żyłem wtedy – jedynie z historii) i widzę bardoz duzo podobieństw