Człowiek ze słońcem w oczach

Gdzieś poszło i wróciło na tarczy. Za karę ląduje na blogu.

Boże, czemu to tak daleko… dam radę… to wcale nie jest takie trudne…
Zbliża się, widzę ledwie jasny kontur przemieszczający się na puchowym tle.
Czemu to tyle trwa? Niech już tu przyjdzie…

Mówią o nim „Człowiek ze słońcem w oczach”. Nie nazywają go inaczej. Nie ma imienia, nikt nie wymyślił mu normalniejszego przezwiska. Dopiero patrząc mu prosto w oczy, człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego.

Kim jest? Chętnie opowiem. W końcu właśnie po to go szukałam. Miałam dowiedzieć się, kim właściwie jest.
Zanim to wszystko się zaczęło był nikim, jak niemal my wszyscy. Żył w wiosce, której nazwy nie sposób zapamiętać, w części kraju, do której nikt nie przywiązywał uwagi. Imiona i tytuły pozostawiał innym. Był człowiekiem.
Jestem chyba jedyną osobą, która wie, co właściwie robił. Polował. Nawet jego wioska, te kilka dusz, z którymi musiał dzielić przestrzeń nieopodal źródła górskiego strumienia, była dla niego za duża. Miejski tumult i gwar musiały być jego najgorszym koszmarem. Żył uczciwie, bo ciężko jest być przestępcą, gdy okazje do popełniania przestępstw po prostu się nie przydarzają. Sam się żywił, sam się ubierał, choć czasem to co złowił przypadało innym. Był cichy, spokojny.

Dam radę, wytrzymam. On… on już tu jest…

Kiedy zaczął się ten bałagan, nawet najgęstszy las nie był dobrą kryjówką. W końcu ktoś musiał się pojawić, ktoś musiał o niego spytać. Mieszkańcy okolicznych osad i pojedynczych, odsuniętych nawet od takich namiastek cywilizacji przyczółków słyszeli o nim i powtarzali, że nikt nie zna okolicy tak dobrze, jak on.
Właśnie to chcieli przecież usłyszeć ci, którzy go szukali.
Nie dali mu zbytniego wyboru, a on, niczym woda, nie stawiał oporu. Po prostu, niczym woda, dopasował się do nowej sytuacji.

Mróz i śnieg wgryzają się w twarz. Myślałam, że te długie godziny na zimnie mnie przyzwyczaiły, że już go nie odczuwam. Jak on.
To zabawne, że taki drobiazg wystarczył, by udowodnić mi, że jest inaczej.

Miał jakieś warunki. Zrobił sobie postanowienia, których zamierzał się trzymać. Wyrysował granice. Inni po prostu uśmiechali się krzywo, kiedy pod naciskiem i ich ciągłym nagabywaniem w końcu zaczynał mówić.
Głupiś – mówili – tak się nie da.
Nie wierzył.

Kiedy na niego patrzę, świat nabiera innych barw. Przestaje być biały, obojętny dla zmysłów. Zaczyna żyć. Zamieniamy się miejscami.

Znał granicę między człowiekiem a zwierzęciem. Wiedział, w jakie dobre i jakie złe sposoby odróżniamy się od sarny czy wilka. Nosił tą wiedzę w sercu i pilnował, by mocno tkwiła w głowie. Znał swój kształt i swoją formę.
Kiedy pierwsza przelatująca mu koło twarzy łuska obwieściła koniec innego człowieka. Głośno powtórzył sobie te różnice. Nie miał oczywiście czasu, by wymienić wszystkie, gdyż sekundę później koło twarzy śmignęła mu druga łuska, a za nią trzecia.
Tego dnia skradł więcej niż jedno życie.
Za każde odmówił swoją własną, unikalną modlitwę.

Śnieg, który mam w ustach nie chce topnieć. Część zmieniła się już co prawda w lód, reszta jednak odmawia współpracy i uparcie pragnie pozostać śniegiem. Kim jestem, by kazać mu się zmienić?

Szacunek to chyba jedyne, co mieli dla niego inni. Żadnego zrozumienia. Chciałoby się rzec „towarzysze” czy „kompani”, on jednak potrafił pozostać sam w każdej sytuacji. Z tego czerpał siłę.
W tych rzadkich momentach, w których pozwalali sobie na rozluźnienie, on pozostawał spięty. Nie chciał z nimi pić, nie chciał dzielić się posiłkiem.
Warty z nim były piekłem – zwykli mówić jego kompani.
Milczenie było dla niego stanem naturalnym.

Co właściwie chce mu powiedzieć? Co pokazać? Że rozumiem?
Czy teraz, kiedy jest tuż obok potrafiłabym mu powiedzieć, że gdyby nie okoliczności, pewnie bym się w nim zakochała?
Będę milczeć. Tak będzie najlepiej.

Można by się spodziewać, że będzie miał stalowoszare oczy. Że patrząc w nie, człowiek zobaczy pustkę.
Nie. Jego oczy były brązowe, usiane złotymi plamkami. Wesołe. Pewnie chciałby to zmienić, jednak za nic, nawet w najcięższych czasach, światło, które kryło się w jego spojrzeniu nie chciało zgasnąć.
Nie zauważył zmian, bo zachodziły zbyt powoli. Nie spieszyły się. Uderzyły z siłą lawiny.

Proszę, proszę. Daj się schwycić. Pozwól mi to zrobić. To nic złego.

Ludzie i zwierzęta zaczęli przestali się różnić. Kradł ich życia z podobną bezwzględnością, równie obojętnie. Robił to, co musiał. Najlepiej jak umiał.
Dla innych ta zmiana była pozytywna. Odzywał się, czasem nawet uśmiechał.
Nie zbliżył się do nich nawet na milimetr.
Pozwalano mu wychodzić z bronią samemu, nikt się nie martwił, kiedy długo nie wracał. W końcu robił to, co musiał. Najlepiej jak umiał.
Z czasem stracili rachubę, nikt nie potrafił powiedzieć, ile właściwie ukradł żyć.
Setkę? Trzy? Pięć? To nie miało znaczenia. Nie dla niego.

Wysłali mnie, bym powiedziała mu, że dość już, że łowy zakończone. Wydawałoby się, że to będzie najtrudniejsze, ale nie. Najtrudniej było go znaleźć. Wysłuchałam na jego temat dziesiątki historii. Byli nawet tacy, którzy twierdzili, że jest olbrzymem z gór. Albo duchem.
Pewien staruszek powiedział mi, że znał jego rodziców kiedy jeszcze żyli. Wiele, wiele lat temu. Zabiło ich zapalenie płuc albo jakaś inna choroba, na którą nie mieli lekarstwa.
Kiedy się żegnaliśmy, dziadek powiedział „przykro mi”. Myślałam, że po prostu chciałby móc powiedzieć mi coś więcej.

Śnieg łakomie pożera moje ciepło. Leżę w białej kurtce w puchu, który powoli robi się czerwony.
Widzę, jak człowiek ze słońcem w oczach zbliża się do mnie. Pistolet jest tylko kilka milimetrów dalej.
Wystarczyłby jeden strzał. Zwróciłby uwagę innych, wreszcie by go schwytali.

Stoi nade mną. Jest piękny.
Tak, mogłabym go pokochać. Szkoda, że nie mogę mu nawet tego powiedzieć.
Nie zostało mi już zbyt wiele ciepła.
W jego oczach faktycznie widać słońce.

3 responses to this post.

  1. Wysłany przez ślivek w dniu 2 Kwiecień 2011 o 4:46 pm

    Można powiedzieć, że nawet przyjemnie się czyta. Co prawda niestety nie widzę za duzo potencjału w tym fragmencie na dłuższą historię jednak nie znaczy to, że wątpię że mógłbyś to zrobić (a może coś już więcej masz?).
    Ogólnie trochę sporo patetyczności w tym ale mogłoby to się okazać zaletą.
    Dziwię się że mało komentarzy masz. Na facebooku sporo znajomków masz przecież a chociażby poprzedni tekst wydawał mi się dyskusjogenny

    Odpowiedz

  2. Wysłany przez Mike w dniu 2 Kwiecień 2011 o 8:44 pm

    Miło się czyta, chociaż fragment króciutki :) Kojarzy mi się z Simo Häyhä, fińskim snajperem z czasów WWII który w trakcie wojny zimowej zabił ponad pół tysiąca Rosjan.

    Odpowiedz

  3. Wysłany przez NosferX w dniu 3 Kwiecień 2011 o 3:53 pm

    A mnie ten fragment przypomina tworczosc Anny Rice z Wampira Lestata. Dosc podobna historia… ogolnie klimat trzyma…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.